Miłego czytania,
xoxo Rose
Próba druga
Lekarz kazał mnie zabrać na płukanie żołądka, a kiedy tylko
chciałam się sprzeciwić, poczułam na sobie wzrok Michaela. Następna godzina
minęła niezbyt przyjemnie i kolejna również. Rozmawiałam z jakimś psychiatrą, a
raczej to on rozmawiał ze mną. Mój znajomy wciąż był gdzieś niedaleko, jakby
mnie pilnował. Przyjechała też moja rodzina, ale kiedy kazałam im odejść - odeszli. Później słyszałam tylko kłótnię Michaela z Alexandrem. Mój brat
obwiniał go o to, co zrobiłam. Nie potrafiłam dłużej tak wytrzymać. Wyślizgnęłam
się z pokoju. Tym razem byłam bardziej zdeterminowana. Nie chciałam, by znów
zmuszono mnie do rozmowy z kimkolwiek. Z szafki obok łóżka wyjęłam ciepły
sweter i zarzuciłam go sobie na ramiona.
Ze łzami w oczach wbiegłam na dach budynku. Mocno pchnęłam
drzwi i zatrzymałam się. Wzięłam głęboki oddech, a potem kolejny i jeszcze
jeden. Wytarłam łzy wierzchem dłoni. Chciałam cofnąć czas, ale to przecież niemożliwe.
Gdybym tylko była bardziej ostrożna... Powoli podeszłam do krawędzi szpitalnego
budynku. W dole widziałam jeżdżące samochody. Dziwne, że wszyscy porównują je
do małych mrówek, bo wcale tak nie wyglądają. Mrówki są czarne. Chciałabym, by
wszystko teraz stało się czarne. To niemożliwe, by świat bez niej wciąż miał
kolory. Łzy znów spłynęły po moich policzkach, ale czy to ma jakiekolwiek
znaczenie? Teraz już nic nie ma znaczenia. Skoro nie potrafię zatrzymać czasu - zniszczę go. Usiadłam na brzegu i przerzuciłam nogi przez niski murek.
Z dachu było widać zarys Londynu, jednak nie był on dziś tak
piękny jak kiedyś. Już nic takie nie było. Ludzie mają takie fajne życia. Jadą
sobie rano do pracy, a potem wracają do domu i tak aż do emerytury. Od zawsze
marzyłam o patrzeniu, jak Rosemary kolejno spełnia swoje marzenia. Teraz już jej
nie ma. Łzy pociekły mi po policzkach. To takie łatwe. Wystarczy się odbić.
Nikt nie dałby rady mnie złapać. Zamknęłam oczy. Zacisnęłam dłonie na murku.
Ostatni oddech. Zranię tym tyle osób, ale nie mogę postąpić inaczej. Nie wytrzymam już ani
chwili. Ten głupi świat powinien już dawno stracić kolory, czas powinien się
zatrzymać. Nie zniszczę go całego, ale przynajmniej to, co należy do mnie.
Odepchnęłam się od murka, ale zamiast spadać poczułam, jak ktoś łapie mnie w
talii i wciąga z powrotem na dach. Posadził mnie, opierając o murek.
-Przez całe swoje życie nie spotkałem kogoś takiego jak ty.
Spojrzałam na chłopaka. Przede mną stał Lucifer ze swoim
łobuzerskim uśmieszkiem. Był ubrany w czarne spodnie, czarny t-shirt z logo
jakiegoś zespołu, czerwoną kurtkę i trampki również tego koloru.
Zawstydzona schowałam twarz w dłonie. Czemu akurat on musiał
tu przyjść? Wzięłam głębszy oddech i wstałam, troszkę się chwiejąc. Cofnęłam się
o krok, stając niebezpiecznie blisko krawędzi. Tym razem by mnie nie złapał.
Popatrzyłam tęskno w dół. Wszystko wciąż miało kolory.
-Nawet nie próbuj –powiedział łapiąc mnie za łokieć.
Spróbowałam mu się wyrwać, ale nie dałam rady. Przyciągnął
mnie bliżej siebie. Schylił się muskając ustami moje ucho. Poczułam zapach jego
wody kolońskiej.
-Czemu mi to robisz –zapytał szeptem. –Czemu chcesz to
zrobić Michaelowi?
Otworzyłam szerzej oczy. To prawda, że gdyby mnie nie było, zniszczyłabym swój świat, ale nie tylko swój. Michael starał się mi pomóc. Co
za różnica, co chciał zrobić? Znamy się zaledwie kilka tygodni, a na dodatek
większość tego czasu go nie było. Nie jestem mu nic winna.
-Czemu zniknąłeś –zapytałam nagle.
-Może kiedyś się dowiesz.
Spróbowałam go odepchnąć, ale bezskutecznie. Byłam za słaba.
Ścisnął moje ramię mocniej. Skrzywiłam się, a on się zaśmiał. Ten chłopak
strasznie mnie denerwował. To wszystko i tak bez różnicy, nie będzie przecież
pilnował mnie cały czas. Przewróciłam oczami.
-Jessamine, co się stało?
-Zapytaj swojego brata.
-Chodzi o to, że twoja siostra zginęła –zapytał beztroskim
głosem, co wytrąciło mnie z równowagi.
Jak mógł to tak po prostu powiedzieć? Łzy po raz kolejny
spłynęły po moich policzkach. Wtedy coś się zmieniło. Lucifer przyciągnął mnie
do siebie i przytulił. Zacisnęłam dłonie na jego bluzce. Poczułam jego palce na
włosach.
-Wiesz, mała, ludzie giną, a jak będziesz tak rozpaczać po
wszystkich, to zmarnujesz sobie życie.
-Nie wiesz nawet, ile Rosemary dla mnie znaczyła
–powiedziałam drżącym głosem.
-Zastanowiłaś się kiedyś, ile ty dla niej znaczysz?
-Tylko mi nie mów, że ona wolałaby, żebym nie płakała.
-Wiesz, myślę, że chciałaby, żebyś płakała, ale popełnienie samobójstwa to już przesada.
-Ja nie chciałam się zabić!
Przytulił mnie mocniej i zaczął głaskać po głowie.
Odepchnęłam się od niego delikatnie. Nigdy nie powinnam była nawet pozwolić, by
mnie przytulał. Tym razem Lucifer puścił mnie zaskakująco łatwo. Usiadłam na
ziemi opierając się o murek. Znów schowałam twarz w dłonie. Chłopak jednak nie
zostawił mnie całkowicie. Wciąż czułam na sobie jego wzrok. Nie wiedziałam, czemu aż tak bardzo mu na mnie zależy. Nie powinno.
-Skąd się tu wziąłeś –zapytałam połykając łzy.
-Chciałem mieć pewność, że jesteś cała.
Podniosłam wzrok zdziwiona. Czemu on w ogóle zwrócił na mnie
uwagę? Wtedy w szkole, to było takie dziwne… Chłopak podszedł do mnie i kucnął
obok.
-Jessamine, rzuć balet.
-Co?!
-Zostaw go, zrezygnuj z zajęć.
-Czemu miałabym to zrobić? Poza tym, skąd ty w ogóle wiesz,
że chodzę na balet?
-Cała szkoła o tym wie –widząc moje zdziwione spojrzenie
kontynuował. -Alice zrobiła z tego aferę. Tylko Naomi była jak nie ona. Nie
wiem, co zrobiłaś Alice, ale chyba nie za bardzo cię lubi. Lepiej skończ z
baletem, bo inaczej nie będziesz miała do kogo się odezwać.
Odwróciłam się tyłem do chłopaka. Poczułam jego dłoń na
ramieniu, ale strzasnęłam ją. Wstałam i przeszłam kilkanaście kroków wzdłuż
murku. Oparłam o niego dłonie. Był przyjemnie chłodny. Po co mam żyć skoro
jedna z dwóch osób, na których zdaniu nie wiem czemu mi zależy, chce żebym
porzuciła swoją pasję? Balet to przecież jedyna rzecz jaką ze sobą zabieram.
Może i on ma rację. To bez sensu. Powinnam się zdecydować. Zmienianie szkoły co
roku od zawsze wydawało mi się bez sensu, a teraz jeszcze to. Gdybym tylko mogła
uciec do Rosji i zamieszkać gdzieś całkiem sama... Poradziłabym sobie przecież.
Teraz nie ma Rosemary, więc nie mam nawet kim się opiekować. Wzięłam głębszy
oddech. Usłyszałam odgłos otwieranych drzwi. Spojrzałam w tamtą stronę.
Stał w nich Michael z niezbyt wesołą miną. Przygryzłam wargę. Lucifer podszedł
do mnie, chyba nie zauważając swojego brata i spróbował mnie przytulić. Nie
chciałam, by jego brat dowiedział się o tym wszystkim. Odepchnęłam się od
chłopaka nieco zbyt energicznie i wypadłam za murek.