Postanowiłam zrobić z tego odcinka, który na początku nazywał się odcinkiem jedenastym special. Chyba każdy wie co to jest, więc nie będę tłumaczyć.
Przepraszam, że odrobinę krócej niż zwykle.
xoxo ~ Rose
Idiota
Nigdy nie znałem kogoś, kto miałby równie wielki talent do
wchodzenia w najmniej odpowiednim momencie, co mój brat. Ten idiota nigdy nie
myślał, że może ludzie czasem potrzebują porozmawiać sami. Na przykład teraz.
Dla niego liczy się on sam. No, teraz może jeszcze ona. Pora nauczyć go, że nie
zawsze jest mile widziany.
Podszedłem do dziewczyny, udając że nie zauważyłem obecności
Michaela. Położyłem dłonie na biodrach Jessamine. Ona obróciła się do mnie
gwałtownie i odepchnęła mocno. Wypadła za murek, który sięgał jej do kolan. Mój
brat podbiegł do krawędzi z dziwną miną. Pierwsza prawdziwa miłość mojego brata
spadała z dachu sześciopiętrowego budynku. Spadała przeze mnie. Zrzuciłem z
siebie kurtkę i t-shirt. Wyskoczyłem za dziewczyną, rozprostowując w locie
zesztywniałe skrzydła. Zdążyłem zamachać nimi kilkukrotnie, zanim nasze dłonie
się spotkały. Przyciągnąłem ją ku sobie, zawisając w powietrzu. Przerażona dziewczyna
oplotła ręce na mojej szyi. Przytuliłem ją i poczułem, jak bardzo się trzęsie.
Nie byłem pewny czy tak bardzo bała się tego, że spadała czy moich mrocznych
skrzydeł, ale skoro prawie zaczęła mnie dusić to raczej tego pierwszego. Powoli
zacząłem wznosić się do góry. Ułożyłem ją sobie wygodniej w ramionach.
Spojrzałem w górę. Napotkałem pełen dezaprobaty wzrok Michaela. Wylądowałem tuż
obok niego, podając mu kruchą istotkę.
-Idiota z ciebie –odezwał się, zabierając ją ode mnie.
Bez słowa odwróciłem się do niego tyłem. Czułem na sobie
wzrok dziewczyny. Może i lepiej, niech wie, kim jestem. Schowałem skrzydła i
zacząłem ubierać. Kiedy następnym razem będziemy się przeprowadzać, dobrze
byłoby wybrać jakiś ciepły kraj, a nie teraz musimy nosić zimowe kurtki, bo to
głupi Londyn. Jest tyle ładniejszych miast. Weźmy na przykład takie Sydney. Cały
rok jest ciepło, bo to przecież Australia. Jest też tyle do robienia! Mógłbym
kupić sobie deskę, udawać dziewiętnastolatka i cały dzień siedzieć na plaży.
Albo chociaż takie Los Angeles. Kolejne miejsce bez prawdziwej zimy. Cały rok
jeansy, podkoszulek, okulary i mnóstwo pięknych dziewczyn. Nie mam zielonego
pojęcia, czemu Michael uparł się akurat na to miasto. Nie mógł przecież
wiedzieć, że spotka tu Jessamine. On nigdy nawet nie powinien był jej spotkać.
To zupełnie nie w jego stylu. Ja to co innego. Mogę łamać serca, kogo tylko zechcę. Mogę kochać, kogo tylko chcę. Szkoda, że na razie nie spotkałem godnej
tego osoby.
Spojrzałem na dół. Nawet jeśli ktokolwiek mnie widział, to
uznają biednego człowieka za wariata i wyślą do psychiatryka, a tam to już nikt nie będzie go
słuchać. Odwróciłem się w stronę swojego brata. Nie trzymał już Jessamine w
ramionach. Biedna dziewczyna. Biedna, słodka i głupiutka. Podszedłem do siedzącej
na ziemi skulonej istotki.. Brat próbował mnie zatrzymać, ale odepchnąłem jego
rękę. To właśnie moja przewaga nad nim. On zawsze musi się kogoś słuchać. Ja
jestem wolny. Położyłem dłoń na ramieniu Jessamine, a potem pochyliłem się nad
nią.
-Dziękuję, że uratowałeś mi życie –powiedziała drżącym,
dziewczęcym i delikatnym głosem.
-Nie ma sprawy.
Podniosłem ją z ziemi. Po raz kolejny uderzyła mnie jej
kruchość. Ludzie to jednak zbyt delikatne istotki. Skuliła się w moich
ramionach. Więc jednak nie bała się mnie, zaufała mi.
Ciekawe, czemu mój brat postawił ją na ziemi. Pogłaskałem ją
po włosach. Były zadziwiająco miękkie. Od pierwszego dnia, kiedy ją zobaczyłam, podobały mi się.
-Kim ty jesteś?
-Ach, chodzi ci o skrzydła, tak? Jestem upadłym aniołem, wy
go chyba nazywacie diabłem -powiedziałem beztrosko.
Spotkałem jedno oburzone spojrzenie, a drugie pełne
zdziwienia. Niebieskie oczy dziewczyny szybko jednak zmieniły się w
niedowierzanie. Przekrzywiła delikatnie głowę i zaczęła mrugać jakby miała
wrażenie, że się przesłyszała. Uśmiechnąłem się do niej czule.
-Nieprawda –powiedziała cicho. -Szatan nie uratowałby
niczyjego życia.
Wzdrygnąłem się na słowo „szatan”. W jej ustach brzmiało tak
dziwnie i bardzo prawdziwie. Inaczej niż u innych. Niestety ona zdążyła zauważyć
zmianę mojego nastroju i posmutniała odrobinę.
-Mógłbyś odstawić mnie na ziemię?
Bez słowa spełniłem jej prośbę. Wolno zaczęła iść w kierunku
drzwi. Mój brat szybko ruszył za nią, ale ona zbyła go, mówiąc że sama trafi. Oddaliłem
się od nich. Stanąłem w miejscu, z którego wypadła. Mam nadzieję, że nie
wpadnie na pomysł powiedzenia komuś o swoim nowym odkryciu. Nie, ona nie jest
taka. Może i jest głupiutka, bo ludzie tacy są, ale na pewno nie jest głupia.
To tak duża różnica.
Mój brat stanął obok mnie. Zaczął coś do mnie mówić, ale nie
słuchałem go. Po chwili zamilkł, zdając sobie sprawę, że to co mówi całkiem mnie
nie interesuje. Czasem wydaje mi się być podobnym do ludzi. Przed oczami znów
stanął mi obraz spadającej Jessamine. Jej rozwiane blond włosy, przestraszone
niebieskie oczy, lekko zaróżowione usta. Dziewczyna w typie mojego brata.
Dziwne tylko, że wreszcie sobie na to pozwolił. Pilnował się przez tyle lat.
Czym ona różni się od wszystkich innych piękności tego nudnego świata?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz