wtorek, 2 lipca 2013

Odcinek 11

Nowa Jessamine

Lucifer skoczył za mną. Nie powinien był tego robić. Wyciągnął rękę w moją stronę, więc mocno ją złapałam. To takie bez sensu. Biedny Michael, teraz i on straci rodzeństwo. Biedny Alexander straci drugą siostrę. Jaka ja byłam głupia, powinnam była wcześniej o nim pomyśleć. Samolubna idiotka. Chłopak przyciągnął mnie ku sobie, a ja oplotłam ręce na jego szyi. Bałam się.

Wtedy to zauważyłam. Nie spadaliśmy. Z pleców Lucifera wyrastały duże czarnoczerwone pierzaste skrzydła. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Wiedziałam, że jest inny, ale nie mogłam uwierzyć, że na ziemi są ludzie ze skrzydłami. W dodatku tak pięknymi. Wyprostowałam jedną rękę, by ich dotknąć. Były tak cudownie miękkie.

Oddychałam głęboko wtulając się w Lucifera, który trzymał mnie w ramionach. Zapach jego wody kolońskiej sprowadził mnie z powrotem na ziemię. Nie zauważyłam nawet kiedy znów znaleźliśmy się na dachu. Był środek zimy, a stał bez koszulki trzymając mnie w ramionach. Lucifer oddał mnie w ramiona swojego brata.

-Idiota z ciebie –powiedział Michael.

Nie byłam pewna, o co dokładnie mu chodziło, ale zraniły mnie te słowa. Przecież jego brat uratował mi życie. Lucifer odwrócił się do nas tyłem, a ja delikatnie odepchnęłam się od Michaela. Patrzyłam chwilę na swojego wybawcę. Stał w miejscu, z którego wypadłam patrząc w dół. Czyżby i on żałował, że ocalił mi życie? Upadłam na kolana i schowałam twarz w dłonie. Po chwili poczułam czyjąś dłoń na ramieniu, a potem ktoś pochylił się nade mną. Po raz kolejny poczułam znajomy już zapach wody kolońskiej. Zaczął działać na mnie dziwnie uspokajająco.

-Dziękuję, że uratowałeś mi życie –powiedziałam, starając się zabrzmieć jak najpewniej.

-Nie ma sprawy –odpowiedział nonszalancko.

Podniósł mnie z ziemi.  Skuliłam się w jego ramionach. On był tak cudownym chłopakiem. Jak jego brat może robić mu wyrzuty o to, że mnie uratował? Pogłaskał mnie po włosach. Moje policzki zaczęły płonąć. By to ukryć, skuliłam się jeszcze bardziej.

-Kim ty jesteś?

-Ach, chodzi ci o skrzydła, tak? Jestem upadłym aniołem, wy go chyba nazywacie diabłem –powiedział dziwnie beztrosko.

Spojrzałam na niego zdziwionym wzrokiem. Przecież… Czyli to wszystko jednak naprawdę istnieje? Przekrzywiłam głowę, niedowierzając. Uśmiechnął się do mnie czule, co dodało mi odwagi.

-Nieprawda. Szatan nie uratowałby niczyjego życia.

Twarz chłopaka niemal od razu się zmieniła. Czyżbym powiedziała coś nie tak? W końcu chyba nie codziennie ktoś mu zaprzecza. Tylko że wtedy raczej by nie zamilkł. Powinnam była się nie odzywać. Chyba czas zostawić ich samych.

-Mógłbyś odstawić mnie na ziemię?

Oddaliłam się w stronę drzwi z nadzieją, że Lucifer pójdzie za mną, ale on tylko odwrócił się do mnie tyłem. Może teraz i on zaczął żałować, że mnie uratował? Michael ruszył za mną szybkim krokiem.

-Trafię sama.

-Jessamine, chciałbym z tobą porozmawiać.

-Ja z tobą też, ale myślę, że on –powiedziałam, wskazując na Lucifera, -bardziej potrzebuje towarzystwa i to na pewno nie mojego.

Odwróciłam się do niego tyłem, ale on złapał mnie za ramię. Uśmiechnęłam się delikatnie. Nikt nigdy nie chciał ze mną rozmawiać, a on chce aż tak bardzo, że nie potrafi pozwolić mi odejść.

-Jessamine, proszę, nie zrób już nic głupiego, dobrze?

-Dobrze.

Puścił moje ramię. Zeszłam z dachu i wróciłam do swojej sali. Tak jak myślałam, nikt nawet nie zauważył mojej nieobecności. Równie dobrze mogłabym się zabić jak i wyjść do łazienki. Zaśmiałam się i położyłam na łóżku. Na szczęście drugie wciąż stało puste. Patrzyłam pusto w zachmurzone niebo. Przeczesałam włosy ręką, zostało mi w niej czarne piórko z czerwonymi refleksami. Było równie piękne jak i całe jego skrzydła. Ciekawe jak ciężko jest mu to chować. A może im? Nic o nich nie wiem. Może oni jednak nie są braćmi? Diabeł jest przecież nieśmiertelny. Michael musiałby być drugim diabłem, ale słyszałam tylko o jednym. Albo może jest aniołem. Ciekawe jak wyglądają skrzydła anioła. Chyba nie powinny być tak mroczne jak te Lucifera. Przeniosłam wzrok na sufit. Tu jest tak nudno. Mogłam zostać z nimi na dachu. Nikt mnie przecież stamtąd nie wyrzucał.

Nagle drzwi sali się otworzyły. Zobaczyłam w nich Simona w ubraniu szpitalnym. Przekrzywiłam głowę. Miał obwiązany bandażem nadgarstek. Ciekawe, co mu się stało.

-Cześć, Jessamine –powiedział dziwnie wesoło.

-Cześć, Simon.

-Co tu robisz –dopytywał, siadając na swoim łóżku.

-Leżę –odpowiedziałam oschle, nie miałam ochoty z nim rozmawiać.

-Tak, tyle to sam widzę –zaśmiał się. –Pytałem raczej o to, czemu tu jesteś, ale jak nie chcesz to nie mów. Nie widziałem cię ostatnio w szkole.

-Byłam chora.

-Ah.

-A ty? Czemu tu jesteś –zapytałam z czystej grzeczności, nie mogę przecież wyjść na największego gbura.

-Graliśmy w kosza z twoim bratem i chyba złamałem sobie nadgarstek.

-Z moim bratem?

-Tak, a co?

-Nic, myślałam, że będzie wolał siedzieć w domu.

-Coś się stało?

-Nie, nic takiego.

Odwróciłam wzrok, a chłopak przestał drążyć temat. Już żadne z nas nie miało ochoty na rozmowę. Przewróciłam się na bok, by leżeć całkiem tyłem do niego. Ktoś wszedł, ale nawet nie interesowało mnie kto.

-Cześć, Simon –powiedziała wesołym głosem jakaś dziewczyna.

-O, cześć, Debra.

Tajemnica rozwiązana. Nie wszedł nikt godny uwagi. Przykleiłam głowę do poduszki, udając że zasnęłam. Jednak w dłoni nie przestałam obracać pięknego piórka. Jedynej rzeczy, która przypominała mi o tym, że komuś na mnie zależy.

-Już wiem, czemu Alex chodzi od dwóch dni taki przygnębiony –powiedziała Debra.

Zaszeleściła jakimś papierem, a potem szelest stał się głośniejszy co oznaczało, że jego źródło przeniosło się do rąk Simona.

-Jego siostra zginęła w wypadku. Piszą o nim na stronie osiemnastej.

Odwróciłam się do nich gwałtownie. Zobaczyłam zdziwione spojrzenie Debry i zawstydzenie na twarzy jej rozmówcy. Dziewczyna jeszcze długo nie mogła uwierzyć, ale chłopak szybciej odzyskał zdolność myślenia. Wyrwałam mu gazetę i przewróciłam na stronę osiemnastą. Wielkie zdjęcie ciężarówki i plamy krwi.

-Przepraszam, że pytałem –powiedział Siomon. –Nie wiedziałem, że… bardzo mi przykro.

-To już nieważne.

Wstałam, rzucając gazetą. Szybko zebrałam swoje rzeczy i skierowałam się do recepcji. Nic im nie będzie, jak dadzą mi wypis godzinę wcześniej niż mieli. Łzy pojawiły się na moich policzkach. Poczułam na ramieniu czyjąś dłoń. Odwróciłam się i zobaczyłam zmartwionego Michaela. Och, głupia ja! On ciągle przy mnie był. Martwił się o mnie. Jak mogłam pomyśleć, że jego wyrzuty dotyczyły uratowania mnie. Puściłam swoje rzeczy i przytuliłam się do chłopaka.

-Przepraszam –wyszeptałam w jego koszulkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz