środa, 3 lipca 2013

Odcinek 12

Nie sądziłam, że uda mi się jeszcze coś napisać przed wyjazdem, ale jednak... miłego czytania.

Anioły istnieją

Chłopak odepchnął mnie delikatnie, trzymając mocno za ramiona. Jego spokój działał na mnie dziwnie kojąco. Uśmiechnął się do mnie czule. W jedną dłoń wziął kosmyk moich włosów, ale szybko je puścił. Na jego twarzy malowało się skupienie, a dołek na brodzie wydawał się być wyjątkowo uroczy. Zaczęłam się zastanawiać, o czym myśli, ale nie potrafiłam tego odgadnąć. Pokręcił tylko głową.

-Nie wybaczam -powiedział spokojnie.

Otworzyłam szerzej oczy i cofnęłam się o krok. To prawda, że mogłam go zranić, ale... Przecież tu przyszedł! A może chciał się pożegnać? Niepotrzebnie się do niego przytulałam. Och, głupia ja! Mam nadzieję, że kiedyś przestanę być tak wielką idiotką! Najpierw próbowałam się zabić, on mnie uratował, potem drugi raz, a on ciągle przy mnie był. Jestem ślepa czy jak? On jest tak idealny. Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale nie potrafiłam wypowiedzieć ani słowa.

-Co byś zrobiła, jakbym tak powiedział?

Na moich policzkach wyskoczyły rumieńce. A więc on tylko żartował? Co za idiotyczny pomysł! Chwyciłam swoją torbę, ale on zabrał mi ją delikatnie muskając palcami moją dłoń. Na kilka sekund zapomniałam o oddychaniu.

-Daj, pomogę ci, nie powinnaś się przemęczać.

-Jesteś na mnie zły -zapytałam.

-Nie, czemu?

-Sama nie wiem.

-Chodź, odwiozę cię do domu.

-Nie chcę tam wracać.

Chłopak przekrzywił głowę zdziwiony, a z rąk wypuścił torbę z moimi rzeczami. Zamrugał kilka razy. Wziął torbę z powrotem i ruszył w stronę wyjścia.

-I tak cię tam odwiozę -rzucił przez ramię, -i dopilnuję, żebyś spędziła noc u siebie w pokoju.

Zrezygnowałam z dalszych protestów i, nie czekając aż ktokolwiek pozwoli mi na opuszczenie budynku, poszłam za chłopakiem do jego samochodu. Był zaparkowany w jednej z bocznych uliczek niecałe trzy minuty drogi od szpitala. Położył moje rzeczy na tylnym siedzeniu i otworzył mi drzwi od strony pasażera. Kiedy wsiadłam, podbiegł do nas mój brat.

-Gdzie się wybieracie -zapytał lekko rozgniewanym głosem.

-Chciałem odwieźć ją do domu -powiedział szybko Michael.

-Już wystarczająco zająłeś się Jessamine. Już o raz za dużo próbowała się przy tobie zabić.

-To nie była jego wina -wtrąciłam.

-Poza tym ona nie potrzebuje szofera -powiedział, całkiem mnie ignorując. -Ona ma prawdziwą rodzinę.

-Co niby nazywasz prawdziwą rodziną -zapytałam ze łzami w oczach. -Rodziców, których ciągle nie ma? Naszą trójkę?

-Wypuść ją z samochodu -zażądał mój brat.

-Pozwól jej zdecydować, z kim chce jechać.

-Już raz pozwoliłem jej z tobą zostać. Próbowała się zabić.

-Mówiłam ci już, że to nie wina Michaela -krzyknęłam.

-Nie powinienem był ci na to pozwolić -powiedział Michael spokojnie.

-Nie powstrzymałbyś mnie -łzy pociekły po moich policzkach. -Proszę, jedźmy już stąd -powiedziałam błagalnym tonem.

-Wysiadaj, Jess.

-Nie -zaprotestowałam.

Michael usiadł na miejscu kierowcy i odpalił samochód. Alexander popatrzył na mnie. Jego oczy były ciemniejsze niż zwykle. Wyglądał, jakby zaraz miał się bić. Na jego twarzy malowała się determinacja, ale niestety tę walkę przegrał. Nie chciałam teraz wracać do domu. Już nigdy nie chciałam do niego wracać. Samochód ruszył. Szybko zostawiliśmy Alexandra za rogiem. Nie potrafiłam przestać płakać. Zrzuciłam buty i podciągnęłam nogi na siedzenie. Zakryłam twarz dłońmi, a czoło oparłam o kolana. Chciałam, by ta droga trwała wiecznie. Poczułam palce Michaela na ramieniu.

-Nie płacz, Jessamine.

Zatrzymał gdzieś samochód, a ja podniosłam wzrok. Staliśmy na jakimś parkingu. Prawdopodobnie gdzieś w połowie drogi między szpitalem, a moim mieszkaniem moich rodziców. Chłopak objął mnie ramieniem.

-To nie była twoja wina, że próbowałam przedawkować. Uratowałeś mi życie.

-Cii -powiedział głaskając mnie po włosach, najwyraźniej mój głos brzmiał bardziej rozpaczliwie, niż myślałam.

Staliśmy tak, dopóki odrobinę się nie uspokoiłam. Widać było, jak bardzo Michael się o mnie martwi. Nie potrafiłam tylko zrozumieć, czemu obwinia się o moją próbę samobójczą. Jak mogłam być tak głupia? Nigdy nawet nie pomyślałabym, że mam tyle odwagi.

Ruszył bardzo delikatnie, ale po chwili znów zaczęłam płakać. Nie miałam ochoty na rozmowy z rodzicami. Chciałam tu zostać z jedną z dwóch osób, którym ufałam. On się obwiniał, a ja tylko pogorszyłam wszystko płacząc. Wytarłam łzy wierzchem dłoni i założyłam buty. Spojrzałam na niego. Nie był zbyt podobny do swojego brata. Ciekawe, czy ... chwila, on też jest aniołem? Nie, przecież anioły nie istnieją. Ale Lucifer nim jest, więc jednak istnieją. To takie skomplikowane. Jeszcze godzinę temu byłam taka pewna, że nic poza nami nie ma na ziemi. Skoro istnieją anioły, to skąd się wzięły? A może on wcale nim nie jest?

-Mogę cię o coś zapytać -poprosiłam o pozwolenie drżącym głosem.

-Możesz, najwyżej nie odpowiem.

-Czy ty też jesteś aniołem?

Michael spojrzał na mnie przelotnie z uśmiechem na twarzy. Delikatnie pokiwał głową. Czyli on też jest aniołem... och, ciekawe, czy jego skrzydła są takie jak Lucifera. Zawsze myślałam, że skrzydła aniołów są białe, a nie czarne z czerwonymi refleksami. Tylko, że brat Michaela jest upadłym aniołem. Ciekawe, czy jest takich więcej. Tutaj mówi się o tylko jednym, ale czy naprawdę tylko jeden się postawił? Ten chłopak o diabelskim imieniu jest tak inny od Michaela. Nie wygląda, jakby się dogadywali. Chociaż może jak są sami, jest inaczej. Och, tak bardzo wolałabym zostać z nimi tam na dachu, niż teraz wracać do domu. Tam czeka mnie tylko milion niewygodnych pytań. Zasłużyłam sobie na to. Szkoda, że wplątałam w to Michaela, teraz moi rodzice muszą go nienawidzić, a to nie ma z nim nic wspólnego. Oni go nawet nie znają, mnie też nie znają. Zasłużyłam sobie na ich pytania. Odpowiem na nie grzecznie i mnie puszczą. Szkoda, że szybko o tym nie zapomną. Ja taka przecież nie jestem. Michael też taki nie jest.

Skręcił w kolejną ulicę i nagle znaleźliśmy się pod moim domem. Wzięłam głębszy oddech. Chłopak wysiadł, a potem pomógł mi i wziął moje rzeczy. Delikatnie popchnął mnie ramieniem w stronę wejścia do drapacza chmur. Razem doszliśmy aż pod drzwi mieszkania moich rodziców. Weszliśmy do środka. Przy drzwiach czekali już moi rodzice z dezaprobatą na twarzy. Kiedy zauważyli Michaela byli jeszcze bardziej źli. Chłopak położył rzeczy na ziemi.

-Ja już pójdę. Trzymaj się, Jessamine -powiedział bardzo spokojnie. -Do widzenia.

Po kilku sekundach nie było go już widać. Jedyna osoba, która potrafiła dodać mi otuchy, zniknęła za drzwiami windy. Wzięłam głęboki oddech. Zamknęłam za sobą drzwi do mieszkania. Atmosfera była ciężka i złowroga. Ich milczenie mnie dobijało.Włożyłam rękę do kieszeni i wyczułam delikatne piórko. Ledwo udało mi się powstrzymać uśmiech, który w tej sytuacji byłby tak bardzo niestosowny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz